1 lipca, czwartek
Tego już się nie zatrzyma….
Bardzo się bałam tego kongresu, bo pierwszy zawsze jest po trosze samograjem, ale drugi i kolejne weryfikują ideę. Poprzeczka była wysoko, zarówno jeśli chodzi o program, jak i o frekwencję, a w tym roku kongres zaczął się w piątek. Mimo to znowu tysiące kobiet, choć i wielu mężczyzn. To oznacza, że idea się sprawdziła, że jest popyt na takie spotkania. Przecież żadna kobieta nie tłukłaby się przez pół Polski za własne pieniądze (jedyne co dostała za darmo to woda, wszystko inne musiała kupić), gdyby nie wierzyła, że to ma sens, że warto. Kongres stał się więc instytucją, choć wielu przeciwników miało nadzieję, że to wydarzenie jednorazowe.
Czy tamten był lepszy, czy ten? Zastanawiam się. Jedyna odpowiedź jaką znajduję, jest taka, że był inny, bo musiał być inny: jesteśmy rok po pierwszym kongresie, jesteśmy po debacie społecznej i medialnej dotyczącej parytetów, po zbieraniu podpisów pod projektem ustawy, po Smoleńsku, po powodzi. Był inny także dlatego, że pierwszy odbył się na fali entuzjazmu, radości z samego spotkania, drugi rodził bardzo już konkretne oczekiwania, na dodatek wpisane nieoczekiwanie w kampanię prezydencką: wizyta Bronisława Komorowskiego, wystąpienie Małgorzaty Tuskowej, obecność Anny Komorowskiej, debata prezydencka nadały Kongresowi wymiar aktualności. Pozwoliły też przypomnieć politykom, że kwestia parytetów i obecności kobiet na listach wyborczych istnieje i nie da się jej przemilczeć, zbyć, rozmyć w parlamentarnych procedurach.
Kiedy opowiadałam, podczas światowego forum kobiet w Chinach, że w ciągu roku zorganizowałyśmy Kongres, przygotowałyśmy ustawę, zebrałyśmy podpisy – wszyscy otwierali oczy ze zdumienia uznając, że to niesamowite tempo. My jednak oczekujemy konkretów i działania. Ustawa ma trzy zdania i jedyne, czego wymaga, to woli politycznej. A tej ciągle nie ma. Nie ma nawet odwagi powiedzenia „jesteśmy przeciw”.
Najuczciwszy podczas debaty był Grzegorz Napieralski, który powiedział, że bez tej ustawy nie ma możliwości przymuszenia swoich struktur do zmian na listach wyborczych, bo listy już dawno są pozaklepywane. Nikt dobrowolnie nie chce się posunąć, by zrobić miejsce dla kobiet, w poczuciu własnych zasług, nienaruszalności stanu posiadania. Bez ustawy nie ma siły na przezwyciężenie oporu własnych członków i działaczy, bo oni od zawsze w tym tkwili, zawsze to robili, więc czemu to zmieniać?
Jeżeli więc politycy chcą parytetów lub kwot na listach wyborczych, muszą nadszarpnąć partyjne struktury. I niech to wreszcie zrobią, jeśli nie – niech uczciwie powiedzą, że się nie zgadzają z takim rozwiązaniem.
A dziś nie wiadomo co się dzieje: poprawność polityczna nie pozwala już stwierdzić publicznie, że ustawa jest bez sensu, a z drugiej strony – nic się z nią nie dzieje.
Po części może dlatego, że politycy nie do końca wiedzą o czym mówią: kwoty nazywają parytetem, niektórzy używają określeń hard parytet i soft parytet, jeszcze inni, mimo ponad rocznej już debaty, straszą, że kobiety dostaną gwarancję wyboru, a przecież chodzi wyłącznie o miejsce na listach wyborczych. Nikt nie musi tych kobiet wybierać, jeśli mu nie odpowiadają. Niech partie wpuszczą je na listy i niech to nie będą ostatnie miejsca.
I to jest twarde oczekiwanie uczestniczek Kongresu Kobiet. Parytety. Co ważne: kwestie in vitro i ustawy parytetowej stały się wiodącymi tematami w kampanii wyborczej i to jest sukces Kongresu.
Po pierwszej turze, wybór, z tego punktu widzenia, jest jasny: Jarosław Kaczyński jest przeciw parytetom i in vitro, Bronisław Komorowski za in vitro, a w sprawie parytetów ogłosił poparcie dla rozwiązania kwotowego na poziomie 30 proc.
Kongres to także chwile wzruszenia: tekst Marii Janion, pokazujący jej myślenie o życiu, o pracy i pomysł strajku generalnego kobiet, który ilustruje, jak bardzo jesteśmy zdeterminowane i jak smutny jest fakt, że także Pani Profesor wątpi w skuteczność innej drogi. I chwile zaskoczenia: uczestniczki Kongresu potrafiły gwizdać, tupać, buczeć na znak niezgody z czyimiś poglądami, a w manifeście już nie proszą tylko żądają.
Dobrze, że wydano książkę z wywiadami z organizatorkami pierwszego kongresu. Na egzemplarzu przekazanym minister Elżbiecie Radziszewskiej, Magda Środa dopisała dedykację „moc jest z nami”.
Co dalej? Nie wiem. Czy sam kongres powinien się przekształcić w coś stałego, czy, jak do tej pory, organizować spotkania raz w roku. Pojawił się pomysł europejskiego kongresu kobiet w ramach polskiej prezydencji z dyskusją nad parytetami w wyborach do parlamentu europejskiego. Koniecznie trzeba zająć się polityką równości w biznesie. Na świecie jest to bardzo wyraźny trend.
Przy okazji Kongresu, w trakcie otwarcia wystawy Magdaleny Abakanowicz w Arkadach Kubickiego, chór kobiet recytował przejmująco teksty o rolach pełnionych przez nie w społeczeństwie: od bycia obiektem seksu i pożądania do roli kucharki i sprzątaczki w rodzinie.
Jeden z uczestników, dość przestraszony głośną recytacją, komentował: czego te baby tak się drą?
Widać, mężczyznom trudno się pogodzić, że coś, co było poukładane przez lata – nagle, na ich oczach, się zmienia.
Niech się boją, bo tego nie da się już zatrzymać. |