
Biografia
Skąd Pani pochodzi?
Urodziłam się w Świebodzinie, ale wychowywałam w Zielonej Górze.
Ma Pani rodzeństwo?
Jestem najstarsza z trójki rodzeństwa. Mam młodszą siostrę i brata.
Złośliwcy mówią, że Pani mąż jest wirtualny.
Mąż pracuje na uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych, ale bardzo często bywa w Polsce i już wkrótce włączy się w moją kampanię.
Ma Pani liczną rodzinę?
Mam syna i córkę i siedmioro wspaniałych wnucząt. Moje dzieci mają więc rodziny wielodzietne.
Czym się zajmują Pani dzieci i mąż?
Mąż jest profesorem na uniwersytecie w Minnesocie. Córka jest prawniczką, a syn przedsiębiorcą.
Czy ma Pani dobry kontakt z dziećmi?
Tak. One wiedzą, że są dla mnie najważniejsze, że jestem ich przyjacielem i wsparciem. Tak samo ja mogę na nie liczyć.
Czy rodzina miała wpływ na Pani decyzję o kandydowaniu na stanowisko prezydenta?
Wspólnie rozważaliśmy wszystkie za i przeciw, bo to jest nie tylko wyzwanie dla mnie, ale dla całej mojej rodziny. Musimy ponieść pewne koszty, między innymi poświęcić nasz czas i prywatność.
Czy początki rodzinne były trudne?
Na początku małżeństwa pracował tylko mąż. Na stażu asystenckim dostawał 1200 zł miesięcznie, a za wynajmowanie mieszkania płaciliśmy 1500 zł. Czyli trzysta mieliśmy na minusie. A z czego żyć? Z racji trudnej sytuacji dostałam stypendium. Kiedy po roku urodził się Paweł, mąż musiał dorabiać. Pracował w spółdzielni studenckiej, z innymi asystentami mył okna. Dostaliśmy z uczelni mieszkanie służbowe – kawalerkę 19,7 metra kwadratowego. Mieszkaliśmy w niej we trójkę, a wkrótce we czwórkę, bo urodziła się córka Joanna. Jedynym spokojnym miejscem w tym mieszkaniu była łazienka. Tam powstały niektóre rozdziały pracy doktorskiej męża pisane na pralce.
Rok 1985 był przełomowy dla waszej rodziny, bo dostała Pani stypendium Fulbrighta i wyjechaliście do Ameryki.
Zaoferowano mi na rok stypendium na Uniwersytecie Minnesota. To był bardzo trudny czas. Wszystko musieliśmy zaczynać od nowa. Ale to nas jeszcze bardziej zintegrowało.
Mieliście po roku wrócić do kraju, ale tak się nie stało.
Przedłużono mi stypendium o kolejny rok. Mąż dostał pracę w college’u, a potem także propozycję wykładów na Uniwersytecie Minnesota. Tymczasem ja musiałam wyjechać, bo stypendysta musi na dwa lata wrócić do swojego kraju. Wróciłam z Pawłem do Polski, mąż pozostał w Stanach razem z córką. Ustaliliśmy, że on będzie trzymał przyczółek amerykański, bo nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja w Polsce. Tymczasem w 1989 roku w kraju dokonała się rewolucja. Do Polski wróciła także córka. Stało się jasne, że my pozostaniemy w kraju.
Od 18 lat wasze małżeństwo nie wygląda jak typowy związek: mąż w USA, Pani i dzieci w Polsce. Czyżby dla was kariera była ważniejsza od rodziny?
Dziś, kiedy dzieci są dorosłe, praca zawodowa stała się dla mnie i mojego męża bardzo ważna. Ale to nie znaczy, że rodzina została na drugim planie. Zawsze jest najważniejsza.
W latach 1978-90 należała Pani do PZPR. Jak teraz odnosi się pani do swojej przeszłości?
Myślę, że nie trzeba oceniać tamtych czasów przez pryzmat tego, co później zdarzyło się w Polsce. Pewnie, gdybym miała wówczas świadomość, że były inne możliwości zmiany sytuacji w Polsce, byłabym ostrożniejsza w swoich decyzjach. Zawsze miałam pozytywistyczną naturę i uważałam, że trzeba zmieniać na lepsze to, co jest. Pracowałam w instytucie naukowym, w którym działała mała organizacja partyjna. Należeli do niej świetni ludzie, którzy starali się reformować, co się da. To było bardzo opiniotwórcze grono.
Może nie miałam wtedy wyobraźni, żeby przewidywać, że jednak można zmienić system, a nie tylko go naprawiać. O to mogę mieć do siebie pretensję. Pracowaliśmy nad kwestiami ekonomicznymi, dotyczącymi przede wszystkim reformy systemu. Podziały wówczas naprawdę nie wyglądały tak, jak to się dzisiaj wydaje – na czarne i białe. Nie mam do siebie żadnych pretensji, że robiłam coś złego.
Dziś moją przeszłość wypominają mi głównie ci, którzy niewiele w tym czasie robili. Mają na każdy temat łatwe opinie, mówią co jest słuszne, a co niesłuszne. Trzeba było żyć w tamtym czasie i patrzeć, kto zachowywał się porządnie, a kto nie.
Należy Pani do Klubu 22, czyli nieformalnej grupy lobbystycznej. Jak rolę pełni ten klub?
Jest to grupa kobiet, która spotyka się od 12 lat. Pomagamy sobie wzajemnie tak, jak tylko potrafimy. W ciągu tych 12 lat każda z nas przechodziła różne koleje losu, lepsze i gorsze. Klub 22 sprawdza się zwłaszcza wówczas, gdy któraś z członkiń ma gorszy okres. Jesteśmy wtedy bardzo solidarne.
Istnieje taka opinia, iż czerpie Pani zyski z kontaktów z władzą, że dorobiła się na prywatyzacji, że reprezentuje tylko bogatych. Może Pani to skomentować?
Swój sukces zbudowałam ciężką pracą w mojej firmie doradczej. Pomagałam w prywatyzacjach i mam przekonanie, że w ten sposób przyczyniłam się do poprawy sytuacji gospodarczej w Polsce. PKPP Lewiatan, organizacja, którą założyłam i kieruję, społecznie skupia w większości małe i średnie firmy, które codziennie borykają się z niedociągnięciami polskiego prawa. Moim zadaniem jest pomagać im w tym. Nie reprezentuję bogatych, choć staram się pomóc ludziom i firmom w osiągnięciu sukcesu.
Zleciła Pani Dochnalowi opracowanie ekspertyzy dotyczącej rynku zbrojeniowego. Ekspertyzę firmy Proxy, należącej do Dochnala, podważył i skrytykował NIK. Może to Pani skomentować?
Firma Proxy została wyłoniona w drodze przetargu, którego przeprowadzenie zleciłam Agencji Rozwoju Przemysłu. W dyskusji nad przygotowanym raportem brali udział przedstawiciele całego sektora zbrojeniowego, który wtedy borykał się z wielkimi trudnościami. Raport został dobrze oceniony i zaakceptowany. Wszelkie wątpliwości miała wyjaśnić prokurator, która nie dopatrzyła się żadnych nieprawidłowości i umorzyła postępowanie.
Pani nazwisko znalazło się na liście Wildsteina. Czy współpracowała Pani ze służbami bezpieczeństwa PRL?
Nigdy nie współpracowałam ze służbami bezpieczeństwa PRL, choć próbowano mnie do tego namówić. Po upublicznieniu tzw. listy Wildsteina zwróciłam się do IPN-u o wyjaśnienia i otrzymałam status osoby pokrzywdzonej. Jako kandydat na prezydenta przeszłam też proces lustracyjny, który potwierdził, że nigdy nie współpracowałam z żadnymi służbami PRL.
Dlaczego broniła Pani Kulczyka i Niezabitowskiej?
Z tych samych powodów, z których broniłam Romana Kluski i będę broniła innych. Nie chodzi o konkretne osoby, ale o gwarantowane przez demokratyczne Państwo prawo do obrony. Wyroki wydaje sąd, a nie media lub politycy. To jedna z najważniejszych wartości, jaką możemy się cieszyć po 89 roku.





To nie jest zwykła książka. To porywająca historia kobiety, która spełniała swoje marzenia walcząc z losem, akcentem, uprzedzeniami do cudzoziemców i obowiązującym stereotypem kobiety.
...więcej









