czwartek, 16 lutego 2012
Coś jednak nad nami wisi
W tym roku wyjątkowo dużo czasu spędzam służbowo w Stanach. Mam więc okazję obserwować walkę kandydatów republikańskich o nominację na kandydata na prezydenta. Nie powiem, bym była zbudowana tym, co widzę. Przeciwnie: rozgrywający się na naszych oczach spektakl robi wrażenie totalnej dekadencji: Ameryka powoli i z mozołem wygrzebuje się z kryzysu, a tymczasem kandydaci ubiegający się o nominację przebijają się ciężkimi milionami. Okazuje się, że właściwie im mniej ma się jednoznaczne poglądy, tym lepiej. To oznacza, że się jest elastycznym (!). Co z tego, że raz sprzedaje się coś jako białe, a na drugi dzień jako czarne? Co najwyżej świadczy to o wysokich kompetencjach akwizycyjnych. W każdym razie wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego. Podobnie, jak i nad tym, że „Oburzeni” się oburzają. A niech tam. Globalny system finansowy wciąż co prawda nie jest w najlepszej formie, ale szefowie banków zachowują się, jakby już zapomnieli o miliardach dolarów, jakie państwa wpompowały w ratowanie ich miejsc pracy i wypłacają sobie niebotyczne bonusy. Za szybko, panowie, za szybko. Wiedziałam, że gospodarka i finanse w końcu powrócą do normalności, ale nie aż w takim tempie. I dlatego myślę, że jednak nadal coś nad nami wisi. Bo na razie nie widzę, by ktoś robił coś w tym kierunku, by niezadowolenie nie wylewało się w na ulice, by coraz większe rzesze ludzi nie wpadały w desperację.