czwartek, 1 marca 2012
Ikona niepomnikowa
Kilka dni temu byłam na pokazie filmu „Bartoszewski. Droga” w reżyseria Artura Więcka. Bardzo się cieszę, że powstał. Zwykle nie mamy poczucia, że życie jest ulotne, a bohaterowie śmiertelni. Dlatego o wielu niezwykłych osobach takie filmy nie powstały. Tutaj na szczęście zdążyliśmy. To niesamowita wartość. Bo Władysław Bartoszewski jest w Polsce ikoną. I słusznie. Ma niewiarygodnie bogaty i absolutnie kryształowy życiorys. A przecież przeszedł przez piekło: wojnę, holocaust, prześladowania po wojnie. Nie ma w nim jednak najmniejszej pokusy, by pozować na pomnik. Co więcej, wiele osób, które w tym filmie występowały, jak premier Tadeusz Mazowiecki czy prezydent Lech Wałęsa zwracało uwagę, że Profesor ma do siebie niewiarygodnie duży dystans i mimo, że życie nie skąpiło mu przykrych doświadczeń, nieodmiennie tryska ironią i humorem. Takich osób jest w Polsce naprawdę niewiele. Film o Profesorze skłonił mnie do jeszcze innej refleksji: jak to jest u nas z autorytetami? To, że Władysław Bartoszewski jest tak samo czytelny dla moich wnuków, jak i dla mojego pokolenia dowodzi, że panuje ogromny głód autorytetów. Moja generacja czerpała wzorce z takich postaci jak Profesor i z książek. Tymczasem przedwojenne pokolenia powoli odchodzą, a młodzi coraz rzadziej sięgają do książek. Żyją mediami społecznościowymi, a tam nie ma wzorów do naśladowania, nie ma punktów odniesienia. Z czego więc mają czerpać? Gdy trzeba wskazać, kto jest takim wzorcem, kogo można naśladować to okazuje się, że trudno znaleźć. Nie widać za bardzo, by się gdzieś obok nas pojawiały. Szkoła dostarcza wiedzy coraz bardziej powierzchownej i pozbawionej głębszego przesłania. Świat zmierza w dziwnym kierunku. To musi niepokoić. Na tym tle 90-letni Profesor tak autentyczny, aktywny i fantastycznie odnajdujący się w dzisiejszym świecie jest jednak koronnym dowodem na to, że prawdziwe, uniwersalne wartości trwają. I to napawa optymizmem.